„W poszukiwaniu starego Tybetu” – recenzja filmu

ancient-tibet

„W poszukiwaniu starego Tybetu” to zapis podróży kilku europejczyków ( w tym – jak podpowiada mi internet – Polki Marii Przyjemskiej) do prowincji Kham w Tybecie. Nazwisko reżysera to pseudonim, mający umożliwić mu w przyszłości kolejne wyprawy do Tybetu. W filmie autorzy rozmawiają z joginami i lamami, którzy odkrywają przed nimi bogactwo kultury tybetańskiej i buddyjskich tradycji.

Ostatnio próbowałam opisać pokrótce wszystkie dokumenty „buddyjskie”. Oczywiście okazało się, że to niemożliwe. Jak tylko skończyłam pisać, znalazłam pięć następnych a po nich kolejne. Być może takie podsumowania to jednak był głupi pomysł. W każdym razie, wkrótce potem wpadł mi w ręce kolejny tego typu film i cieszę się, że mogę opisać go osobno, bo na to zasługuje.

„W poszukiwaniu starego Tybetu” to zapis podróży kilku europejczyków ( w tym – jak podpowiada mi internet – Polki Marii Przyjemskiej) do prowincji Kham w Tybecie. Nazwisko reżysera to pseudonim, mający umożliwić mu w przyszłości kolejne wyprawy do Tybetu. W filmie autorzy rozmawiają z joginami i lamami, którzy odkrywają przed nimi bogactwo kultury tybetańskiej i buddyjskich tradycji.

Czytając książki lub słuchając wspomnień o „dawnym” Tybecie a następnie oglądając współczesne filmy o tym miejscu można odczuć olbrzymi dysonans poznawczy. Opowieści sprzed 100 czy 80 lat są magiczne i z europejskiej perspektywy brzmią jak bajki – jogini latają po niebie i odbijają ślady swoich stóp w skałach a nad tym wszystkim samoistnie pojawiają się tęcze i różowe chmury. We współczesnych dokumentach o buddyzmie również znajdujemy dużo tego typu opowieści, ale zawsze są to filmy o buddyjskich mistrzach, którzy przedostają się na zachód i stamtąd wspominają swoją młodość. Dokumenty, w których kamera faktycznie trafia do Tybetu to już zwykle ponure opisy losu Tybetańczyków. Jeśli widzimy duchownych, to przy okazji opowieści o torturach a gdy pojawiają się świątynie – to spalone i zrujnowane. To wszystko jest oczywiście bardzo ważne ale dobrze jest zobaczyć choć raz „stary” Tybet, choćby tylko w filmie. Już od jakiegoś czasu wydawało mi się, że być może wiele z autorów dokumentów o tym regionie idzie na łatwiznę i stąd we wszystkich filmach wciąż te same, bardzo podobne obrazki Lhasy.

W filmie Vilasa Rodizio znajdujemy ujęcia miejsc, o których wielu z nas nie miało szans wcześniej słyszeć. Jak mówił autor w wywiadzie dla magazynu Diamentowa Droga:

Samo znalezienie jakiegokolwiek jogina nie było łatwe. To było szukanie igły w stogu siana. Najczęściej szliśmy do największego klasztoru w mieście, pytaliśmy o najwyższego lamę i właściwie zawsze byliśmy przez niego przyjmowani. Wielu spośród monastycznych dostojników nie wiedziało jednak, co dzieje się w okolicznych górach. (…) pewien khenpo był przekonany, że w Tybecie od dawna nie ma już joginów. Czasem udawało nam się nawet wytropić jogina, ale był na odosobnieniu i słyszeliśmy: „Najlepiej przyjdźcie przyszłą wiosną. W większości miejsc byliśmy pierwszymi białymi, którzy tam dotarli i Tybetańczycy mieli wielki szacunek wobec trudów jakie podjęliśmy, żeby odbyć naszą „pielgrzymkę”.

Z tej wypowiedzi widać, że autorzy zrobili coś więcej, niż odpalenie kamery w centrum Lhasy i czekanie na ujęcia obdartych tybetańskich dzieci. Dzięki temu możemy obejrzeć naprawdę unikalne zdjęcia drukarni z XVIII wieku w której do dziś drukuje się buddyjskie teksty czy świętych miejsc związanych z Guru Rinpocze, o których dotychczas tylko słyszeliśmy. Zobaczenie na własne oczy samopowstałych relikwii, mnichów praktykujących tummo w nurcie lodowatego strumienia czy 65-letniego jogina wspinającego się na czubek drzew daje potwierdzenie tego, o czym do tej pory mogliśmy tylko czytać we wspomnieniach lamów. W filmie możemy zobaczyć praktykujących, którzy żyją tak samo, jak Milarepa 900 lat temu. Jak twierdzi jeden z lamów w filmie, praktykowanie nauk Buddy przeżywa teraz w Tybecie prawdziwy renesans, o czym mogą świadczyć powstające miejsca odosobnień czy powiększająca się ilość joginów.

Autorzy filmu nie skupiają się na egzotycznych obrazkach i przedstawiają zastaną rzeczywistość bez lukru – jak wtedy, gdy spotykają lamę, którego jedyną kwalifikacją są… pieniądze rodziców.

Myślę, że twórcy filmu zrobili tzw. „dobrą robotę”. Chyba jedyne, na co można się skarżyć, to fakt że film trudno jest dostać. Czasem pojawia się na pokazach w polskich miastach; chyba też da się kupić angielską wersję poprzez stronę Yogifilm.de.

Bardzo podoba mi się też motto filmu:

Ci, którzy myślą, że zjawiska są rzeczywiste, są głupi jak krowa. Ci, którzy myślą, że zjawiska takie nie są, są jeszcze głupsi.

Sonia Grodek

TRAILER FILMU